Na pięć minut przed podróżą…

Zaktualizowano: 21 wrz 2021


Przenieśmy się w czasie. Jest 27 sierpnia 2011 roku.


- Wszystkiego dobrego - usłyszałam w słuchawce. - Dzięki - odpowiedziałam zdziwiona. - Kończysz dwadzieścia pięć lat. Piękny wiek. Wypijesz ze mną kawę z tej okazji? - No nie wiem. To chyba nie jest dobry pomysł. Nie jesteśmy już parą. - To tylko kawa. W imię starych dobrych czasów.


- Daleko masz do mnie? - z trudem wystękałam do telefonu. - Dojeżdżam. Co się stało? - Od pół godziny leżę na podłodze. Nie jestem w stanie się podnieść. Nici z kawy. Sorry. - Mam do Ciebie pół godziny. Przejechałem… - Tak wiem. Trzysta kilometrów. Szlag! Dobra, ale musisz sobie sam wejść i sam te kawę zrobić. - Damy radę.


Gdybym wtedy umiala czytać co mówi do mnie, moje własne ciało… Nie wyjechałabym do Argentyny, ale o tym kiedy indziej.


Co się wtedy wydarzyło? Nic. Po prostu mnie postrzyklo. Jak to mówią górale. Na tyle nieszczęśliwe, że pomimo szczerych chęci. Nie bylam w stanie nie tylko ruszyć nogą. Ale też i rękoma. Nawet ruch głowy powodował nieopisany ból. Poleżałam sobie na podłodze. Z myślą, że kiedyś wstanę. Skłamałam. To było dziesięć lat temu. Wcale tak nie było. Wtedy jeszcze słowa lekarza wybrzmiewały w mojej głowie bardzo wyraźnie. Wbijały się nieprzyjemnie w mój czerep. Operacja albo wózek. Każdy upadek, ból, niemożność poruszania się, wywoływał u mnie strach. Bałam się, że lekarze mają rację.


Na szczęście byłam uparta. Zawsze, gdy ktoś mi mówił, nie dasz rady, odpowiadałam, dam. I życie do tej pory uczy mnie pokory.


I tak, to była kolejna jej lekcja. Co mi mówiło moje ciało, a czego wtedy nie rozumiałam? Strzał w dolnym odcinku kręgosłupa, gdzie miałam zwyrodnienia, pozostałość po skoliozie, mówił mi o uzależnieniu, od sportu, seksu, jedzenia, o współuzależnieniu, o niemożności budowania granic. Granic względem bliskich, przyjaciół, byłych facetów, względem potrzeb własnego ciała. Opowiadał mi też historię moich "korzeni" o seksualnych nadużyciach przodków, które wikłały mnie w historie porąbanych związków, ale nie tylko. Uniemożliwiały mi wtedy zajście w ciąże.


Jak to wszystko się ze sobą wiąże?


Od tysiącleci można było znaleźć te połączenia za pomocą systemu czakr. Dzisiaj bardziej popularna i „wiarygodna” staje się totalna biologia. Jednak. Gdy zaczynałam swoją drogę, poszukiwań, co mówi do mnie to zdarzenie, miałam do dyspozycji tylko swoje ciało, zdarzenia w świecie rzeczywistym (tzw koincydencje, które często wypluwały mnie z ciała i miejsca w którym byłam) i rozum, który próbował znaleźć tego jakieś racjonalne wytłumaczenie.


To nie był ani pierwszy, ani ostatni strzał w moich plecach. Nie był to ani początek, ani koniec historii. Powiedzmy jakiś fragment, który przyszedł mi do głowy ze względu na dzisiejszą okrągłą datę. Dziesięć lat temu nie miałam pojęcia co do mnie puka przez drzwi percepcji. W życiu bym też nie wpadła na to, gdzie mnie to zaprowadzi. Wtedy jedyne czego chciałam, to uwolnić się od bólu. I jechać w góry.


Jeśli kogoś z Was interesuje połączenie psyche z ciałem. Albo ma przed nosem kundalini jogę, ale zamiast ja przeczytać, przesuwa nią palcem po stole, bo w środku coś bredzą o czakrach i Bogu. (To oczywiście z autopsji). Zapraszam. Opowiem. Co tu sie stało w tym moim ciele, w mojej rodzinie, w moim życiu. Co Jaga robi na świecie. Ta mała. l ta duża.


Szuszaj! I do usłyszenia.