Do góry nogami

Zaktualizowano: 12 lis

Ten sam, dobrze znany, ukochany widok. Tak wiele zmian. Największa i najcudowniejsza siedzi, na zdjęciu, przede mną. Nikt jej się w moim życiu nie spodziewał.


Moja historia zdrowienia, wzięła swój początek, gdzieś tam, mniej więcej w połowie drogi między Połoniną Caryńską, a Wetlińską. Jest rok 2009.


Właśnie pakowałam namiot do plecaka, gdy starszy ode mnie gość, którego znałam z widzenia, podszedł do mnie niepostrzeżenie.

- To cos poważnego? - zapytał siadając na trawie, tuż obok mnie.

- Co?

- Twój kręgosłup.

- Poważnego. Co ci do tego! - odpyskłam, wkurwiona, że obcy facet, pyta się mnie o tak osobiste rzeczy. Zamieniliśmy wcześniej może pare zdań. Domyślałam się, że jest stąd. Ja przyjeżdzałam do tej bacówki, jak cała reszta turystów. Tyle tylko, że nie zabierałam ze sobą towarzystwa.

- Widać, że cierpisz… - spojrzał na moje kije oparte o drzewo. Po chwili dodając - Z drugiej strony, dźwigasz ten ciężki plecak. Sama.

- Wiem, że to dla starych dziadów, ale chodzenie z nimi mniej mnie boli - M. roześmiał się serdecznie. Zrozumial aluzję. Oboje domyślaliśmy się, że jest ode mnie sporo starszy. Oboje też czuliśmy, że nie przyszedł do mnie pogadać o moim kręgosłupie. Spojrzelismy na Połoninę rozpościerającą się przed nami.

- Zabiorę cię kiedyś do niej - powiedział po dłużej chwili milczenia.

- Do kogo?

- Do takiej jednej.

- Kto to jest? Jest kręgarzem?

- Niby nie, choć dla mnie jest troche nawiedzona. Ale poskladała kilku chłopaków z GOPRu, może tobie też pomoże.

- Wątpie. Ale czemu nie.



Tak poznaje M. I tak jak obiecał, tuż przed moimi urodzinami, zabiera mnie do swojej znajomej, osteopatki. Strzał w kręgosłupie powoduje u mnie zmianę. Nie tylko ból, na który cierpiałam przez poprzednich kilka lat, podczas pięciu minut w gabinecie, ustępuje, ale w mojej głowie pojawia się nowy rozdział. Do tego momentu nie chciałam się wiązać z facetem. Poraniona poprzednim kilkuletnim, toksycznym związkiem, w którym oboje tkwlismy w uzależnieniu od seksu. Z doświadczeniem wymuszenia stosunku na mnie przez, jak mi sie wtedy wydawało, przyjaciela. Zamknęła we mnie chęć do budowania relacji. Wczesniej też nie wierzyłam w miłość, ani w to, ze zasługuje na szczęście z drugą osobą. Nie wyobrażałam sobie małżeństwa, czy posiadania dzieci. Manipulacja na moim kręgosłupie i człowiek, który wziął mnie za rękę i pokazał, że są na świecie rzeczy, które czułam gdzieś pod skórą, ale bałam sie myśleć, ze są możliwe. Powodują, ze krótki, niby przypadkowy, moment przewraca moje życie do góry nogami. Tak zaczyna sie historia.


A jak kończy?


Po trzech latach związku. Życie w Bieszczadach, odkrywa mnie całą. Wszystkie moje demony, nieprzerobione traumy z dzieciństwa, brak poczucia bezpieczeństwa w życiu, emocjonalnej stabilności, poczucia wartości, współuzależnienie, które wynikało wprost z poprzednich elementów. Brak wiedzy o sobie, kim jestem, kim chce być, czego sie boję, dokąd zmierzam, po co tu się zjawiłam. A nawet strach przed ludźmi. Ich obecnością. Trafiam w punkt na drodze, w którym mój kręgosłup znowu mnie czegoś uczy.


Osteopatia przyniosła rezultaty, nie cierpiałam już, ani na depresje, ani na chroniczny ból. Niestety nie rozwiązała przyczyny. Przewlekłe napięcie w ciele, które powodowało wiele dolegliwości, zespół jelita drażliwego, alergie pokarmowe, ciągłe kontuzje stawów i nawracająca dyskopatię, dawało mi się we znaki.


Rok 2012. Zmęczona do granic możliwości, związkiem i swoim ciałem, planuje wspólna wyprawę w Andy. To coś, o czym marzyłam odkąd zaczęłam sie wspinać. Chciałam sprawdzić, jak to jest na tak dużych wysokościach.


Tuż przed wyjazdem trafiam do szpitala z pełną diagnostyką i po raz kolejny słyszę od lekarzy. Czeka mnie operacja.


W szpitalu jednak, trafiam na fizjoterapeutę, który postanawia mi pomóc. Na własną odpowiedzialność testuje metody, nikomu wtedy jeszcze nieznane, na mnie. Olewając przy tym wszelkie zalecenia lekarza. Kolejna przypadkowa znajomość sprawia, ze odkrywam prace z miesniami głębokimi, oddechem, dnem miednicy i z traumą. Kto wtedy w ogóle o tym słyszał? Pracujemy ciężko przez dwa tygodnie. Wylatuję do Argentyny.


To znowu zmienia moje życie, tym razem intensywniej, niż poprzednia przypadkowa wizyta u osteopaty. W Beunos Aires okradają mnie ze wszystkiego. Tracę cały sprzęt, pamiątki, zdjęcia z wyprawy, dokumenty, pieniądze. Jakby to było za mało. Po wylądowaniu w Warszawie mamy wypadek samochodowy. Wyciągam wnioski. Rozstaje się z M. Wyjeżdżam z Bieszczad. Zaczynam od nowa.


Tak właśnie na mojej drodze, pojawia sie Kundalini. Z przytupem. Energia, która została odblokowana w moim ciele, manifestuje zmiany. Po wypadku, wracam do tego samego szpitala i tego samego fizjoterapety. Podczas kolejnej sesji terapeutycznej doznaje olśnienia. Przypominam sobie, ze w jednej z ksiazek o Kundalini, czytałam opis czakr. Wszystkie elementy, które rozsypały mi sie podczas wyprawy, przypisane są do obszaru miednicy. Od tej chwili już nie idę po drodze, zaczynam biec. Wchodzę w praktykę Kundalini i pozostaje w niej do dzisiaj.


To oczywiście żaden koniec. Nawet nie połowa. Ale zdecydowanie te dwa momenty zmieniły moje życie na wielu poziomach. Mój kręgosłup opowiadał mi historię. Do dzisiaj opowiada. Każdego dnia zmieniam się oddechem, praną, pobudzeniem energii u podstawy kręgosłupa. Szlifuję ciało, krąg po kręgu, milimetr po milimetrze i widzę, co wydobywa się z otchłani podświadomości, zamkniętej głęboko w moim ciele, za sprawą wady, z która przyszłam na świat, skoliozy, dyskopatii, albo mówiąc inaczej, moich rodziców i ich przodków.




Jeśli zainspirowała Cię ta historia, chcesz przeczytać więcej. Możesz wesprzeć mnie w mojej drodze, stawiając kawę, na www.buycoffee.to/anima.workout


Szuszaj! Anima.